„A Pani nie wie dlaczego ma te krostki?” – część 1

Nie jestem ekspertem z zakresu dermatologii. Moja wiedza jest zbyt mała, by dzielić się nią z Tobą. Ten blog jest o mnie, osobie chorej na trądzik. Więc pewnie tak jak Ty, liczyłam na to, że pomoże mi tutaj po prostu lekarz. Gdy po 6 latach po odstawieniu izoteku, zauważyłam pierwsze krostki na buzi, nie byłam spanikowana. Założyłam, że znajdę dobrego specjalistę, który zleci badania, znajdziemy przyczynę trądziku i skutecznie pomachamy mu na pożegnanie. Lekarzy szukałam w internecie, głównie po opiniach, nie skupiając się na słowach: bardzo miły, sympatyczny, uśmiechnięty. Dla mnie lekarz ma być skuteczny więc może mnie przyjmować z ponurą miną, byleby pomógł.

Znalazłam klinikę dermatologiczną z młodymi specjalistami, umówiłam się na wizytę i pełna nadziei poszłam. Pani dermatolog spojrzała na mnie, na krostki i zaczęła wypisywać receptę. Pytam co wypisuje, odpowiedziała, że antybiotyk. „Pomoże?”, spytałam. Usłyszałam, że nie. „Trądzik będzie utrzymywał się cały czas, taką ma Pani skórę. Jak będzie Pani stosować antybiotyk, krostki będą łagodniejsze”. Niestety naprawdę to usłyszałam… Pani doktor zapytana przeze mnie, czy w takim razie sugeruje, że mam zażywać antybiotyk do końca życia, odpowiedziała niezrozumiałym dla mnie uśmiechem. Wyszłam od niej bez skierowania na badania, bez diagnozy, bez nadziei. Ale za to z receptą. Podarłam ją w domu i ponownie zasiadłam do komputera.

Kolejny lekarz, średnia opinii 5 na 5. Idę. Tym razem już z mniejszym entuzjazmem niż poprzednio. Lekarz obejrzał krostki, zrobił wywiad. Wypisał listę badań do zrobienia. Wewnętrznie mi ulżyło, pomyślałam, że w końcu ktoś naprawdę chce mi pomóc. Lekarz wypisał mi antybiotyk, maści i kremy, zaznaczając, że kuracja będzie trwała jedynie 3 miesiące. Zalecił odstawienie nabiału i cukru. Z nabiałem nie było problemu, nigdy nie byłam jego wielką fanką. Ale słodycze? To było trudne… Jednak gdy w głowie masz cel, łatwiej jest walczyć. Wyszłam z gabinetu i ruszyłam do apteki. Pan w aptece był zmieszany i naprawdę odczułam, ze boi mi się powiedzieć kwotę do zapłaty. „Niech Pan strzela”, powiedziałam. 650zl plus dwa opakowania do dokupienia, bo aktualnie są braki. Zapłaciłam, pojechałam do domu i od razu zażyłam lek. Wszystkie zlecone badania wyszły w normie. Po kilku dniach widziałam poprawę, ale nieznaczną. Leki znikały a krostki nadal się utrzymywały. Minęły 3 miesiące i pomimo zapewnieniom lekarza, że wyzdrowieje, rzeczywistość była inna. Poszłam na konsultację i lekarz był zdziwiony, że krostki nie zniknęły. Spojrzał na wyniki badań i widziałam, że jest bezradny. Wypisując kolejna receptę, zadał mi pytanie, po którym zabrałam receptę, wyszłam z gabinetu i więcej tego lekarza na oczy nie widziałam. Pytanie brzmiało: „A pani nie wie dlaczego ma te krostki?”

Po 3-miesięcznej kuracji antybiotykowej, zastanawiałam się co dalej. Trafiłam po drodze jeszcze do dwóch lekarzy, którzy usilnie próbowali przekonywać mnie do antybiotyków lub izotretynoiny. Nie ufałam im, bo nie zlecali badań, nie potrafili podać przyczyny. Po prostu chcieli pozbyć się chwilowo krostek na mojej buzi, nie myśląc co dalej. Czy będą powroty choroby? Oni nie wychodzili myślami tak daleko. Więc po kolejnej wyrzuconej recepcie popadłam w rozpacz. Nie chcę tutaj nadużywać słowa depresja, ale moja psychika była w kiepskiej formie. Płacz, ukrywanie się przed ludźmi, niewychodzenie z domu, branie zwolnienia lekarskiego, by współpracownicy nie widzieli mojej zmasakrowanej twarzy. I ból fizyczny. Każda łza, uśmiech, czy pocałunek w policzek na przywitanie bolały przeraźliwie. Nie miałam siły tłumaczyć się każdej osobie, że choruję na trądzik. Bo tak, czułam potrzebę tłumaczenia się z tego, jakby nie było to wystarczająco oczywiste. O tym, co się działo w mojej głowie i jak fizycznie moje ciało to odczuwało, napiszę w oddzielnym poście.

Zrezygnowana żaliłam się przy kawie znajomym z pracy, że nie mam siły i naprawdę nie wiem co robić. Dostałam namiar od koleżanki do wrocławskiej 30-letniej kliniki dermatologicznej. Zadzwoniłam tam: wolny termin za ponad miesiąc. Załamałam się po raz kolejny. Tyle dni bez leczenia, więc krostki będą się pogłębiać i będzie tylko gorzej. Zapisałam się z nadzieją, że jednak może zwolni się miejsce. Taka mała dygresja: w mojej głowie często pojawia się nadzieja. Nie przypadkowo. Ona ciągle mi towarzyszyła i nadal jest ze mną. Jest nieoodzownym elementem tej choroby (najprawdopodobniej jak i każdej innej). Moja nadzieja jest dla mnie jak nieistniejąca osoba, która wspiera mnie w 100% tak, jak tego oczekuję.

Doczekałam się umówionego terminu wizyty i poszłam. Tym razem nadzieję zostawiłam w domu. Stwierdziłam, żeby odpoczęła, bo nie zawsze widziałam sens brania jej wszędzie ze sobą. Po tylu nieudanych wizytach dermatologicznych nie liczyłam na cud. Poszłam tam zupełnie saute. Zero makijażu, jedynie krem na twarz, który rozświetlając moją twarz, jeszcze bardziej pokazywał jej niedoskonałości. W poczekalni chłopiec (ok. 5 lat) pokazywał palcem na mnie i mówił do swojej mamy, że moja twarz jest dziwna/straszna. Uśmiechnęłam się do niego i pomyślałam, że mam NADZIEJĘ, że widok mojej twarzy nie sprawi, że będzie miał jakąś traumę…

Zrobiono mi kilka zdjęć do dokumentacji lekarskiej, a następnie poszłam na rozmowę do lekarza. Pani dr Ewa spojrzała na mnie i powiedziała spokojnie: „Kochana moja, tutaj jest tak zaawansowany stan, że musimy zadziałać izotretynoiną. Potem możemy pomyśleć o zabiegach”. Opowiedziała mi krok po kroku na czym polega leczenie, na co oprócz tego zwrócić uwagę. Zapytała o moją dietę i poradziła konsultację dietetyczną. Powiedziałam jej o moich obawach związanych z braniem izoteku, wysłuchała mnie i spokojnie odpowiedziała na każde pytanie. Uspokoiła mnie i zapewniła, że jeśli zaboli mnie choćby palec, to mam jej dać znać nawet o 2 w nocy, a ona zbada czy to przez te leki. Więc poczułam się bezpiecznie i poddałam się leczeniu izotretynoiną. Jestem w trakcie leczenia i nie żałuję tej decyzji. Bo oprócz brania leków, zrobiłam testy na nietolerancję pokarmową i byłam zdziwiona, że mam uczulenie np. na orkisz. Stosuję się też do tabeli składników z indeksem glikiemicznym. Wykonałam również dwa zabiegi peelingu twarzy. Tak, peelingu. Na początku zrobiłam wielkie oczy jak usłyszałam, że dobrze jest to zrobić. Jest to kosztowny zabieg, bo jeden 5-minutowy kosztował 350zł. Ale ja już po trzech dniach widziałam zauważalną zmianę. Buzia stała się nieco gładsza, a krostki spokojniejsze. Jednak najważniejsze dla mnie było to, że czułam się zaopiekowana i zrozumiana przez lekarza. W KOŃCU! Poniżej moja aktualne zdjęcia.

Szczegółowy przebieg mojego aktualnego leczenia opiszę niebawem. Ale już teraz widzę poprawę w kondycji mojej skóry, a PRZEDE WSZYSTKIM w kondycji mojej psychiki.

4 thoughts on “„A Pani nie wie dlaczego ma te krostki?” – część 1

  1. Współczuję przeżyć z lekarzami. Szkoda cos więcej dodawać. Ale tak sobie pomyślałem, że może otrzymalaś w darze ten trądzik by stać się lepszym/silniejszym człowiekiem? By lepiej poznać samą siebie i świat wokół. Ze ten swiat potrzebuje wlaśnie takiej silnej Ciebie i nie mógł juz dłużej czekać więc „zmotywował” Cię do szybszych postępów? Wierzę, że to musi mieć głębszy sens.
    Pozdrawiam

    Ps. Czy kot wyraził zgodę na publikację wizerunku? 🙂 i czy ma swojego bloga? 🙂

    1. KrzyśKalafior, po długiej walce i rozpaczy oraz zadawaniu sobie pytań „po co mam te krostki”, jestem pewna, że tak jak napisałeś, po coś to jest i widzę w tym głębszy sens. Gdy człowiek sobie to uświadamia, faktycznie staje się silniejszy i ma chęć przekazywać tę siłę tym, którzy tego sensu jeszcze nie widzą. Dziękuję za ten wpis!
      A co do kota, bloga jeszcze nie ma, póki co ja się dzielę z nim blogową przestrzenią tutaj. Ale on jest bardzo medialny więc kto wie, może kiedyś? 🙂

  2. Boże jakbym czytała o sobie…te same problemy…tony kremów,kuracji,dermatologów i nic,twarz masakra …też czasem nie mam sił iść do sklepu…idę czytać wszystko co piszesz…

    1. Tak, okazuje się, że takich osób jak my, jest całkiem sporo. Czasem wydaje nam się, że jesteśmy z tymi sami, że nic i nikt nie jest nam w stanie pomóc. A ten blog powstał po to, żeby móc sobie uświadomić, że jest nas całkiem sporo. Taka świadomość jakoś dodaje skrzydeł i daje może takie poczucie bezpieczeństwa? Trzymam za Ciebie kciuki! Ściskam! 🙂

Pozostaw odpowiedź Viola Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *